250-ty numer magazynu, którego uwielbiam! – PSX Extreme!

[Ten tekst został napisany po to, aby zgRedzi też mieli co czytać w WC, a nie tylko w kółko te swoje wypociny – nie jest to co prawda poziom szmatławca i jest to cyfra, ale cóż, taki znak czasów – nie bądźcie wybredni, z pewnością Wam starczy na kilka posiedzeń – na zdrowie!]

Jest w moim życiu taka rzecz, z której nie potrafię wyrosnąć. Nie jest to jakaś wada czy coś, jest to zachowanie, które pielęgnuję od czasów gimnazjum. Jest nim kupowanie magazynu PSX Extreme w dniu premiery, noszenie go prawie wszędzie ze sobą i czytanie od dechy do dechy.

Osoby, które znają mnie prywatnie – dawni przyjaciele, znajomi, osoby z którymi pracowałem, a także najbliższa rodzina – wszyscy razem jednogłośnie mogą powiedzieć, że widok mojej osoby z PSX Extremem w ręku to coś zwyczajnego, naturalnego i powszedniego. Ba, ja na tyle zżyłem się z tym magazynem (swoją drogą nie jest to pismo ani czasopismo gwoli ścisłości!), że Ci wszyscy wymienieni dobrze wiedzą czym ten cały PSX Extreme jest. Mało jednak osób faktycznie wie, w jaki sposób ten magazyn oraz jego autorzy, wpłynęli bezpośrednio na moje życie.

Za młodu nie byłem typem dziecka ekstrawertycznego. Byłem miły, uśmiechnięty, bardzo lubiłem kontakt z rówieśnikami, ale nie nazwałbym siebie osobą, która na każdym kroku kręciła bekę. Taki natomiast był PSX Extreme. Redaktorzy robili głupkowate miny (kto pamięta konkurs dla Czytelników pt. “Wykrzyw ryj?”), cykali zdjęcia będące przeróbką charakterystycznych elementów z gier jak np. komiksy, w których wcielali się w zdigitalizowane postacie bijatyki na wzór Mortal Kombat – z prześmiewczym fatality na którymś z Redaktorów kończąc. Zjazd na krzesłach biurowych na jednej z ulic Katowic jako imitacja gry Mario Kart – swego czasu “geniusz” i to na długo przed mającym i robiącym wszystko internetem. Ci sami Redaktorzy mówili na siebie zgRedzi. Każdy przedstawiał się z ksywy, a nie z imienia i nazwiska. Dziś niby to jest mało profesjonalne? Dla pseudo-profesjonalistów być może. Teraz niejeden internetowy mądrala lubi analizować takie rzeczy i wydawać opinie. Najlepsze w tamtych czasach było to, że redaktorzy mieli takie rzeczy prawdopodobnie w dupie. Chociaż tak można napisać z perspektywy czasu, bo założę się, że wtedy najważniejsze dla nich była po prostu zajawka i pasja do gier, a ksywy były wręcz wpisane w ten obraz. Ich genezy nazewnictwa nie znam, ale najdziwniejszą miał wówczas redaktor naczelny (w momencie kiedy pierwszy raz zobaczyłem PE były to okolice 20-stego numeru) mr. Ściera (dziś człowiek legenda magazynu, a dla mnie prywatnie… a zresztą o tym za chwilę). Drugim był HIV. Ciekawe jak teraz zareagują osoby na tę ksywę, które pierwszy raz usłyszą o tym redaktorze. Dla mnie wtedy było to ciekawostką, lekko śmieszną, ale nie znaczyło w sumie nic. Dziś ten drugi Pan jest również legendą magazynu, zaraz obok Kaliego, Myszaqa, Mazziego, Koso, Aju, Norbiego czy Stara. Po nich to już była kolejna generacja redaktorów – również charyzmatycznych jak się okazało z czasem.

Rok 2006 – właśnie mniej więcej taką fotkę przesłał jeden ze zwycięzców konkursu pt. „Wykrzyw ryj!”. Zainspirowany zrobiłem własną wersję. Swoją drogą, nie chcecie wiedzieć jakie zdjęcie pojawiło się wśród laureatów konkursu… – niesmaczny easter egg dla Czytelników PE…

Jednak po co ten cały wywód? Co to się stało, że taki HIV czy Ściera wpłynęli na moje życie? To dzięki PE nauczyłem się luzu. To dzięki temu magazynowi na którymś z forum w zainteresowania wpisałem słowo “hardkor”. To dzięki tym ludziom zacząłem identyfikować się z niektórymi redaktorami oraz samym magazynem. To w końcu dzięki PE zacząłem poznawać kolejne gry, studia je tworzące oraz twórców gier, tworzyć zeszyt z listą gier, które muszę kupić u pirata (czasy PSXa i “wolnego oprogramowania” 😉 – gdyby nie to to do dziś nie miałbym tej wiedzy praktycznej dzięki ograniu wielu serii gier). To przez PE stałem się Graczem, który uwielbia prawie wszystkie gatunki gier, który od czasów PS2 kupuje tylko oryginały, bo ma świadomość jak funkcjonuje branża. Który teraz non-stop chce pracować przy grach i robić coś dla branży gier rozwijającj się w Polsce. To w PE po raz pierwszy pojawiło się moje zdjęcie z tematyki gier (grupowa fotka z bydgoskiego turnieju w PESa oraz później bardziej indywidualna z eliminacji do mistrzostw Polski w tę samą piłkę – w których odpadłem na etapie grupy 😉 ale to też na tym turnieju właśnie widziałem po raz pierwszy na żywo redaktora PE – był nim Koso. Ok, to już koniec tego przydługiego nawiasu). To do PE wysłałem zdjęcie z pierwszej w życiu prywatnej fotorelacji z wydarzenia gamingowego zrobione starym telefonem komórkowym. Były to zdjęcia z Oficjalnej Ligi PlayStation. Wysłałem kilka fotek hostess (bo tego nauczyłem się od PE) w tym jedną zrobioną z ukrycia z telefonem wycelowanym pod krótką spódnicę (tu również zgadnijcie u kogo szukałem inspiracji…). Byłem młody i “gupi” co nawet skomentował w PE sam Ściera, publikując jedną z nadesłanych fot (na której były dwie hostessy z przodu, ładnie pozujące) – napisał wtedy coś w stylu, że miałem szczęście, że nie dostałem za to w dziób. To były pierwsze słowa z PE, które były dedykowane bezpośrednio mojej osobie! I chłop miał rację. Dziś za coś takiego odebrano by mi licencję na blogowanie.

Później, w magazynie rozrywkowym, o oryginalnej wtedy nazwie Lol – bodajże drugim numerze – tworzonym przez kilku redaktorów PE – pojawił się mój list informujący o tym, że mój PSX Extreme w szkole dostrzegł ksiądz od religii i chyba nawet pochwalił za zainteresowanie – wszystko byłoby fajne, nawet bym mu ten list pokazał, gdyby nie tytuł jaki otrzymał. Mianowicie “Klecha napiera” – pozostało cieszyć się z publikacji w domowym zaciszu i wśród garstki znajomych. Swoją drogą Lol ukazał się w łącznej liczbie – jak dobrze pamiętam – czterech numerów – było mi szkoda, bo zapowiadał się ciekawie, nie był związany z grami, a rzeczami kulturalnymi, ciekawostkami ze świata itd. jednak mam wrażenie, że inspiracje z niego pojawiają się w obecnych numerach PSX Extreme (felietony tematyczno-okołogrowe zapoczątkowane przez Robzo) – powróćmy jednak z powrotem do omawianego “szmatławca”.

PE był ze mną w gimnazjum, szkole średniej, na studiach, w sanatorium z którego pochodzi moja ksywa (genezy której prawie nikt nie zna), jestem z nim nawet na kilku rodzinnych zdjęciach. Do tej pory biorę go w podróże po świecie oraz przyziemnie, do WC. To z niego czerpałem inspiracje pisząc relacje z wydarzeń, tworzone z perspektywy pierwszej osoby oraz planując nazwę dla wakacyjnego wydania Pog(R)adajmy o podtytule inteGRAtion Party Edition. To do niego m.in. odnosiłem się pisząc pracę licencjacką i magisterską. Ale co jeszcze?

Jak podaje internet, PE #95 wyszedł w lipcu 2005. Zdjęcie zrobione w sanatorium, w którym otrzymałem swoją obecną ksywę. Czemu je zrobiłem? Jak wspomniałem, PE niczym dobry kumpel towarzyszył mi wszędzie, więc pewnie i tu musiał zostać tak upamiętniony.

Ściera w moim życiorysie zasłynął jeszcze na sam koniec swojej kadencji w formie redaktora naczelnego, którą później przekazał Butcherowi. Dokładnie po zamknięciu ostatniego, prowadzonego przez niego numeru, dał jeszcze zielone światło do publikacji mojego własnego artykułu dla PSX Extreme. Pisałem wtedy o projekcie Gamocracy One – grze, która została stworzona przez użytkowników forum PlayStation. To wtedy spełniło się jedno z moich marzeń – moja ksywa pojawiła się wokół innych zgRedzioli na łamach mojego ulubionego magazynu! To nic, że dostałem wtedy jakieś 4/5 strony – nie wiem czy to czasem nie jedyny tak opublikowany tekst w PE! Mogłem z dumą obskoczyć wszystkich przyjaciół i pokazać im swoje niebywałe osiągnięcie. Były jeszcze później inne “momenty”. Otrzymałem wyróżnienie od HIVa w postaci publikacji Listu Miesiąca! Jakie to było wtedy dla mnie kolejne wielkie przeżycie! Przecież kiedyś zaczynałem PE właśnie od listów! Dalej, udało mi się wygrać jakąś nagrodę w konkursie krzyżówkowym. W sklepie telefonicznym (można to tak określić?) PSX Extreme zakupiłem swoją pierwszą gamingową koszulkę z padem i napisem na klacie “Chwytasz?”- którą później docenił właściciel sklepu Ultima.pl na jednym z bydgoskich konwentów anime, gdzie po raz pierwszy pojawiały się gry konsolowe. W tym samym sklepie kupiłem swoje pierwsze soundtracki z gier (Silent Hill, MGS 1, 2, Other Side i Piano Collection z FFX). Z jednego sklepu reklamującego się w PE zakupiłem grę na GBC za ok. 100 zł i otrzymałem… pirata (do dziś nie lubię tego sklepu). Jedna z moich opinii pojawiła się w podsumowaniu roku, wyciągnięta z portalu magazynu PPE.pl. To do PE podesłałem informacje o Pog(R)adajmy i cieszyłem michę widząc swoją “pijarowską” publikację! Pracując swego czasu dla sklepu z grami Gekon postarałem się o reklamę w magazynie z bonem rabatowym dla Czytelników (swoją drogą o Gekonie też kiedyś dowiedziałem się właśnie z PE). Obecnie licznik ma wduszoną pauzę i cierpliwie wgrywa dane (choć w PE #250 nadal jest moja notka!), czuję jednak, że to jeszcze nie koniec. Przyjdzie czas i godzina kiedy ksywa Schemat pojawi się znowu na łamach PE! – chociażby w sekcji HC Room, ot co.

A jakie mam jeszcze obecne przygody z PE? To już jest w ogóle nieziemski rollercoster! Zacznijmy od tego, że dzięki inicjatywie, którą równe 5 lat temu sobie wymyśliłem, poznałem prywatnie jednego ze zgRedów. Tą osobą jest Komodo. Poznaliśmy się dzięki wspólnemu znajomemu z poprzedniej pracy – Krzyśkowi – i temu, że drogi zawodowe poprowadziły mnie do Częstochowy. To z okolic tego miasta pochodzi ów zgRed. W rozmowach z Krzychem półżartem-półserio knuliśmy aby spróbować wkręcić w Pog(R)adajmy tego Pana, który prywatnie okazał się normalnym, luźnym zajawkowiczem. Wspólne zainteresowanie serią MGS (historia zatacza koło?) wpłynęło na świetną relację i koleżeństwo, dzięki któremu obecnie jesteśmy na “Ty” i kumplujemy się w życiu prywatnym.

To właśnie na tym spotkaniu zaklepaliśmy wystartowanie Pog(R)adajmy w Częstochowie. Koszulki ubrane przypadkowo.

To na spontanie miało miejsce coś jeszcze. Pewnego dnia będąc wtedy w pracy otrzymuję telefon. Mam akurat przerwę, jem obiad, więc odbieram. Po drugiej stronie Komodo, który mówi mi coś w tym stylu: Schemat, zwolniło mi się miejsce w aucie i nie mam w sumie kogo zabrać, a wraz z HIVem i Sojerem jedziemy na dwudziestolecie redakcji, pomyślałem więc, że to może być coś o czym pewnie marzyłeś – aby poznać zgRedów prywatnie – chcesz jechać z nami? W jednej chwili zamilkłem. Wyjazd miał być następnego dnia, a ja dzień po zlocie miałem mieć istotną rozmowę w firmie jak mi się wtedy wydawało. Pierwsza myśl “nie mogę – nie odmówię sobie przecież wypicia aby uczcić jubileusz, muszę być na 10 rano w pracy, a event odbywa się pod Warszawą” – byłem wtedy w Częstochowie. Komodo znany jako abstynent oznajmia, że dla niego wcześniejszy powrót jest spoko, żebym się nie zastanawiał, bo spokojnie damy radę. Jako, że już mam prawie 30-stkę na karku i jakiś rozsądek w głowie się tli, odpowiedziałem że dam znać w ciągu pół godziny, muszę to wszystko poukładać. Jak się rozłączałem to na koniec rzuciłem szybko, że niech pilnie trzyma mi to miejsce! W głowie jedno – jest ryzyko, że jednak nie wyjedziemy o czasie, zaśpimy albo na drodze walnie meteor (chociaż wtedy miałbym jakieś zrozumiałe dla ogółu usprawiedliwienie) i zawalę spotkanie lub… spełnię niesłychane, jedyne w swoim rodzaju, niepowtarzalne marzenie. Po kilku minutach decyzja zapadła.

Następnego dnia przywitałem się z HIVem i Sojerem, po czym czmychnąłem szybko do Żabki zakupić kratę browarów. Tradycją ponoć jest, że jak Czytelnik przychodzi po raz pierwszy do redakcji PE, to powinien wziąć ze sobą taki upominek. Dawno nie szedłem tak dumnie z browarami przez miasto, uśmiechając się od ucha do ucha niczym nastolatek. Tego dnia dane mi było poznać na żywo prawie wszystkich redaktorów magazynu. Sami mówili, że był to zlot redakcyjny na którym pojawiła się największa liczba zgRedów. Zamieniłem choć słowo z każdym. Mam swoje unikalne wspomnienia i wydarzenia. Na spontanie stałem się autorem zdjęcia grupowego zgRedów, które pojawiło się w następnym numerze w relacji. Sam załapałem się na jedną fotę i wspominę w tekście (bo przecież trzeba było wytłumaczyć jakoś ogółu moją kuriozalną wizytę). Samemu dorzuciłem kilka słów do wspólnej relacji, a kilka zdjęć mojego autorstwa ponownie zawitały na łamy PE! Jak się okazało, byłem też jedyną osobą, która nie była redaktorem PE na tym zebraniu. Były tzw. Świeżaki, ale z racji nie pisania na stałe do magazynu, okazałem się jedynym “Czytelnikiem”.

Dzięki rozwojowi internetu mam kontakt z Rogrem – obecnym redaktorem naczelnym – podsyłając mu co jakiś czas informacje o kolejnych spotkaniach Pog(R)adajmy (podobnie było z Butcherem). Obserwuję jak osoby, które znam z neta lub prywatnie, zaczynają pisać dla PE (pozdro Grucha i Rayos). Mogłem śledzić czytelnicze wystąpienia moich znajomych – m.in. Oli, Bartka czy Łukasza. Okazało się, że mój znajomy z Krakowa Paweł jest autorem jednej okładki jubileuszowej w PE. Nadal czytam Extrema nałogowo i wiem, że bez niego nie potrafiłbym normalnie funkcjonować. Dlatego kochani zgRedziole życzę Wam abyście mieli dużo weny jaką ma Roger do trzymania tego wszystkiego w ryzach, pasji do gier jaką w nieskończoności włada Kali, luzu jaki posiada HIV oraz tej naturalności jaką w sobie ma Gamera. I choć ta słodka końcówka średnio pasuje do klimatu magazynu, to jest to napisane celowo byście zapytali siebie np. “o co chodzi jakby?”, fragment tego tekstu mógł wylądować w Rodzynach (a tak serio ani mi się waż HIV!) i ofkoz! Na koniec ciekawostka dropsa, wiecie co przez Was bazgrałem non-stop na ławkach w szkole średniej? Konsole Rulez!!! Pozdro dla Miśka (mam z nim fotę) i Staruchy z lochów! [Schemat]

Oryginalna rozdzielczość zdjęcia robionego komórką w 2006 roku. Grafika – jeżeli dobrze kojarzę – z pierwszego numeru PSX Extreme.

PSX. Pisałem ten tekst po nocy, dostając prawie po łbie od swojej lubej – jak za starych, dobrych czasów – coś czuję, że Wy też nie jeden raz przez takie przygody przechodziliście.
PS2. To “dziwne” Post Scriptum X również jest przez Was.

Złoty Graal w kolekcji, jedyny na świecie. Jak będę kiedyś potrzebował pieniędzy na ślub to wiem już co sprzedam w pierwszej kolejności… kilka gier z własnej kolekcji ofkoz.

Z konsolowym pozdrowieniem!

Najnowszy, jubileuszowy numer magazynu PSX Extreme kupicie w kioskach w cenie 9.99 zł. Tak mało w tych czasach nie kosztuje już nawet kebab. Dlatego warto wybrać się po swój egzemplarz i wesprzeć magazyny o grach w Polsce! – zdecydowanie polecam. [Za ten tekst nie dostałem przelewu na konto ani gwarancji publikacji w jakimkolwiek następnym numerze – chociaż czekaj… to byłoby dobre! ROGER!]
129